Wiosna ludów latynoskich Ryszard Kapuściński, pisarz i reporter, o swojej podróży do Meksyku: XXI stulecie będzie wiekiem Ameryki Łacińskiej! Koniec krwawych wojen, dyktatur, prawie wszędzie nastała demokracja. Ten kontynent jest w trakcie pokojowej rewolucji, staje się laboratorium nowych form społecznych, kulturalnych, miejscem eksperymentów źródło: Gazeta Wyborcza 07-04-2001
Artur Domosławski: Do Ameryki Łacińskiej wraca Pan po 30 latach. Pierwszy raz pojechał Pan tam w roku 1967... Ryszard Kapuściński: ...Dwa miesiące po śmierci Ernesta Ché Guevary i brutalnej likwidacji jego oddziału partyzanckiego w Boliwii. Teraz byłem świadkiem pokojowego wkroczenia kolumny partyzantów z ruchu zapatystów do stolicy Meksyku. Obserwowałem to z bliska, przejmujący moment: ćwierć miliona ludzi na placu konkwisty w sercu Meksyku oczekuje na wjazd partyzantów Marcosa. Ogłuszający huk bębnów, błyski świateł, helikoptery, gromkie wiwaty, emocje tłumu. Niesamowite to wszystko. W ten oto sposób moje doświadczenia latynoamerykańskie spinają dwa symboliczne wydarzenia: 30 lat temu - rzeź ludzi, którzy chcieli zmieniać świat na lepsze, którzy walczyli w imię sprawiedliwości; i teraz - wejście do stolicy Meksyku ich spadkobierców, którzy mogą walczyć pokojowymi metodami, głosić swoje postulaty na głównym placu miasta, na tle pałacu prezydenta republiki. Co to za epoka, którą symbolizuje śmierć Guevary? - Śmierć Guevary, a potem cały ruch protestu 1968 roku zamyka etap niesłychanie gwałtownej i krwawej konfrontacji między siłami opozycji - która przybierała formę walki zbrojnej, ruchów partyzanckich z udziałem chłopstwa - a elitami rządzącymi, w dużej mierze zdominowanymi przez wojskowych. Bo lata 60. w Ameryce Łacińskiej to czasy wojskowych dyktatur. Jedni z nadzieją, a inni ze strachem oczekiwali wówczas, że powtórzą się dwie, trzy, cztery rewolucje kubańskie, że nastąpi efekt domina i cały region stanie się castrowski. Żeby do tego nie doszło, czuwali nie tylko latynoamerykańscy dyktatorzy, ale również Stany Zjednoczone. 30 lat temu, a i pewnie jeszcze lat temu dziesięć, USA były w Ameryce Łacińskiej postrzegane jako wcielenie zła, agresor, wspólnik zdeprawowanych dyktatorów w krwawym tłumieniu rebelii. Czy teraz też spotkał się Pan z charakterystycznym niegdyś dla regionu zapalczywym antyjankesizmem? - Pozycja i wizerunek Stanów Zjednoczonych są w Ameryce Łacińskiej bardzo specyficzne. Sprzeciw wobec USA zawsze był jednym z podstawowych składników patriotyzmu latynoamerykańskiego - to wynikało z obaw przed silniejszym, który chce i może dominować, narzucać własną politykę. I w jakimś stopniu nadal tak jest, choć znikły postawy krańcowe. Nie ma już nienawiści do USA, jaka była, powiedzmy, w rewolucyjnej epoce Guevary. Z wystąpień wicekomendanta Marcosa, przywódcy meksykańskich zapatystów, element zaciekłej negacji Stanów Zjednoczonych w ogóle zniknął. Z drugiej strony - nie ma już też bezgranicznego zachwytu nad Stanami, bezgranicznego poparcia, jakim dawne elity polityczne, gospodarcze, wojskowe dyktatury darzyły USA.